piątek, 7 grudnia 2012

Kolejna porażka w meczu do wygrania.


Phoenix Suns - Dallas Mavericks 94:97
(23:23, 21:17, 18:29, 32:28)
Piąta porażka z rzędu stała się faktem. Frustrujące jest to, że takie porażki jak dziś przychodzą w meczach, które są spokojnie do wygrania. Z pewnością część kibiców zażąda zwrotu za bilety, choć gdyby Goran Dragić trafił layup dający remis na 25 sekund przed końcem to byłaby duża szansa na zwycięstwo i większe zadowolenie każdego z nas.

Phoenix Suns weszli w mecz bardzo dobrze i rozpoczęli go runem 11-1, a pierwszą akcją meczu był ten oto, klik, alleyoop Beasley'a do Gortata. Niestety był to jedyny celny rzut z gry Marcina i po słabym meczu jego końcowy dorobek punktowy wyniósł zaledwie 3 oczka przy skuteczności 1/8. Nie dość jednak, że Gortat słabiej zagrał w ofensywie to niemiłosiernie był męczony w obronie przez Chrisa Kamana i nie potrafił znaleźć na niego sposobu. Zawiódł ponownie (który to już raz...) Beasley (3/12) i trener Gentry zapowiedział, że Micheal ma stracić miejsce w pierwszej piątce. W końcu! W mecz bardzo dobrze wszedł Markieff Morris, który już po pierwszej kwarcie miał 9 zbiórek, a w cały meczu udało mu się zebrać 17 piłek z tablicy czym ustanowił swój carrer high. Dołożył do tego 15 punktów, trafiając między innymi dającą nadzieje trójkę w końcówce. Kluczowym momentem dla losów spotkania była trzecia kwarta, którą Suns zaczęli od trafienia 1 rzutu na 14 oddanych. Znowu nie było dzielenia się piłką, a co gorsza zawodnicy Słońc pudłowali z prostych pozycji. Nadzieje na końcowe zwycięstwo jak zwykle dali zmiennicy oraz grający całkiem niezłe spotkanie Shannon Brown. Bardzo dobre wsparcie z ławki dał Luis Scola (13 punktów, 9 zbiórek, 3 asysty), który walczył o bezpańskie piłki, trafiał na dobrej skuteczności, wymusił w ważnym momencie faul ofensywny O.J. Mayo i miał najwyższy w drużynie wskaźnik +/-, +12. Dzięki wspomnianej już trójce Morrisa i dwóch osobistych Browna Suns udało się dogonić rywala i doprowadzić do remisu 87:87. Wtedy grający bardzo dobrze Mayo trafił trudny jumper nad Telfairem, a spudłowany layup Dragicia pogrążył gospodarzy. Swoją drogą Dragić caly mecz miał co najwyżej średni. Trafił tylko 5 z 14 rzutów i miał ledwie cztery asysty.

Goście nie grali wcale dobrego meczu, a do zwycięstwa oprócz wspomnianych już Mayo (23 punkty, 5 zbiórek, 5 asyst) i Kamana (15 punktów, 7 zbiórek) swoje dorzucili rezerwowi Darren Collison i zaskakująco dobrze grający Brandan Wright (8/12, 16 punktów w 23 minuty). Zawiódł grający od początku Elton Branda, a Vince Carter trafił tylko 2 z 9 rzutów. Mavericks wygrali dziś swój 3 mecz na wyjeździe, ale trzeba przyznać, że ich gra nie wygląda rewelacyjnie, a powrót Dirka Nowitzkiego planowany na połowę grudnia wydłuża się i w tym roku kalendarzowym możemy go na parkiecie już nie zobaczyć.

Warto wspomnieć jeszcze, że gra była twarda i kontuzji nabawiło się kilku graczy. W drużynie Suns P.J. Tucker uszkodził kolano, Jermaine O'Neal oko, Shawn Marion pachwinę, a Chris Kaman schodził do szatni ze skręconą kostką. 

Jutro o godzinie 21.30 Suns grają w Staples Center przeciwko Clippers i nie będzie to łatwy mecz. Alvin Gentry musi w końcu wyciągnąć pewne wnioski i zmienić to co rozwala grę drużyny w trakcie meczu. Są momenty, że przyjemnie ogląda się grę Phoenix, ale nagle coś staje w zawodnikach i na parkiecie widzimy zupełnie inną drużynę. Jeśli to się nie zmieni, to, powtórze po raz kolejny, musi nastąpić zmiana trenera. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Jak nie w domu to gdzie?


Phoenix Suns - Dallas Mavericks
07.12.2012 godz. 04:30
US Airways Center
fot. Jerome Miron/US Presswire
Dziś w nocy czeka wszystkich kibiców doubleheader w TNT. Na pierwszy ogień pójdą Knicks oraz Heat, a o 4.30 Phoenix Suns będą walczyć o przerwanie serii czterech porażek. Będzie to ich pierwszy pojedynek we własnej hali od blisko dwóch tygodni. O nieudanej trasie wyjazdowej (1-5) trzeba jak najszybciej zapomnieć i skupić się na najbliższych przeciwnikach. 

Mavericks zagrają dziś back-to-back po znaczącej porażce z Clippers. W dalszym ciągu po za grą jest Dirk Nowitzki, choć jego powrót ciągle się zbliża. W składzie trenera Jima Carrey'a Ricka Carlisle doszło ostatnio do małej zmiany, ponieważ z pierwszej piątki wypadł Darren Collison, a jego miejsce zajął wyciągnięty z przed telewizora i szlafroka 65-letni Derek Fisher. Fisher dostał z miejsca pozycje pierwszego rozgrywającego, a Collison przechodzi prawdopodobnie załamanie. Pod nieobecność Nowitzkiego rolę lidera drużyny pełni O.J. Mayo. Mayo prezentuje przede wszystkim znakomitą dyspozycje na dystansie. Trafił w tym sezonie 49 trójek i jest pod tym względem na drugim miejscu w lidze za Ryanem Andersonem, a do tego jego skuteczność zza łuku wynosi nieco ponad 50%. Dzielnie wspiera go Chris Kaman (13,6 punktów i 6,9 zbiórek), który na początku sezonu wchodził z ławki, ale teraz gra już regularnie w wyjściowej piątce. Solidnie z ławki gra Vince Carter (13,2 punktów, 42% za 3) a za swoją energię zostawianą na parkiecie chwalony jest rookie Jae Crowder. 

Przed Suns duża okazja, aby dopisać do bilansu ósme zwycięstwo. Nie dość, że tak jak wspomniałem, goście grają drugą noc z rzędu to słabo spisują się na wyjazdach (2-7). Mavs są jednak w czołówce w skuteczności zza linii 7,24 (38,7%) a do tego w 4 spotkaniach, które grali dzień po dniu trafiają 41,5%. Słońca muszą koniecznie poprawić obronę rzutów z dystansu i już dziś powinni zrobić ku temu pierwszy krok. Mniej minut dla numeru 2 draftu 2008 (chyba, że zmądrzeje), więcej Tuckera i Dudley'a z ławki. Jak pamiętamy Marcin był już jedną nogą w Dallas, ale Magic wyrównali ofertę Marka Cubana. Wydaje się, że Gortat lubi grać przeciwko Mavs, więc miejmy nadzieje, że zostanie dziś odpowiednio obsłużony przez partnerów i podania będzie zamieniał na asysty. Suns nie mogą pozwolić sobie też na przestoje i tracenie uzyskanej przewagi. Jednym z kluczy będzie też walka na deskach i po ostatniej klęsce w Memphis (Suns - Z-Bo 32:22) dziś wszyscy włącznie z niskimi muszą o każdą piłkę walczyć. Po absencji powinniśmy zobaczyć z powrotem Sebastiana Telfaira napędzającego grę drugiego garnituru. Dodatkowa motywacja to większa liczba widzów przed telewizorami i próba zadowolenia kibiców, którzy mogą zażądać zwrotu pieniędzy za bilety jeśli takiego zadowolenia nie odczują. Go Suns!

Przewidywane piątki:

Suns: Dragić - Brown - Beasley - Morris - Gortat
Mavericks: Fisher - Mayo - Marion - Crowder - Kaman

środa, 5 grudnia 2012

Zach Randolph rozgniótł Suns.

Memphis Grizzlies - Phoenix Suns 108:98
(18:25, 27:27, 23:20, 26:22, 14:4(OT))
fot. Danny Johnston/AP Photo
Rudy Gay przeszedł dziś jakby obok wydarzeń na parkiecie, a Marc Gasol miał problemy z faulami. Niestety dla Suns kosmiczny mecz rozegrał Z-Bo i wygrał dla Grizzlies ten pojedynek. Randolph miał 38 punktów i 22 zbiórki i w dogrywce miał serię 3 akcji, po których broniący go Gortat załamał się i prawdopodobnie jeszcze do teraz nie może się otrząsnąć. Od początku spotkania zupełnie nie radził sobie Markieff Morris i był niszczony przez Zacha (tak jak potem każdy inny kto próbował go bronić). Randolph miał siedem Z-bounds w ataku i dobijał to co partnerzy z zespołu pudłowali. Unstoppable.

Ku zaskoczeniu obserwatorów Suns bardzo dobrze rozpoczęli to spotkanie i grając na solidnym poziomie osiągnęli w pierwszej połowie nawet 16-punktowe prowadzenie. W obliczu nędzy niesionej przez Beasley'a (3/13, 6 punktów) i po prostu zbyt wielu głupich decyzji Browna (4 straty) dużo dobrego wniosła jak zawsze ławka. Luis Scola miał 16 punktów i 8 zbiórek, ale kilka nie potrzebnie forsowanych rzutów, a Jared Dudley odnalazł swój nieco zagubiony rzut zza łuku (dziś 3/4). Z powodów osobistych mecz opuścił Telfair, czego rezultatem było prawie 44 minuty Gorana Dragicia. Dragić miał przyzwoity mecz (19 punktów, 7 asyst), ale gołym okiem widać że pierw szuka rzutu, a dopiero potem partnerów. Najbardziej odczuwa to w dalszym ciągu nasz Marcin, który przez 35 minut na parkiecie oddał tylko 4(!) rzuty. Gortat miał 10 punktów, 7 zbiórek i 4 asysty i w dogrywce wymusił 6 faul Gasola.

Grizzlies wrócili do meczu dzięki agresywnej obronie na całym boisku w drugiej części drugiej kwarty i wymuszeniu strat i zbyt pochopnych decyzji ze strony gości. Dużo dobrego wniósł z ławki Quincy Pondexter i na trzecią kwartę wyszedł w pierwszej piątce w miejsce Ellingtona. Grizzlies mieli więcej strat, tylko 13 asyst, ale dzięki dominacji na deskach (50-32) byli cały czas w meczu. Na minutę przed końcem Niedźwiadki wyszli na jednopunktowe prowadzenie (pierwsze prowadzenie od pierwszej kwarty), ale Scola trafił za 2, Dragić dołożył 1 z 2 osobistych. Gospodarze mieli więc szansę na wyrównanie lub nawet zwycięstwo. Sprawy w swoje ręce wziął Rudy Gay i trafił niełatwy rzut nad Tuckerem i dochodzącym do pomocy Scolą. Suns mieli jeszcze 16 sekund na decydujący cios, ale, o dziwo, piłka powędrowała do O'Neala, a ten się pomylił. Dogrywkę rozpoczął niesamowitą trójką Mike Conley, a potem to już był Z-bo Show.

Suns mogą wrócić do Phoenix z podniesionymi głowami bo rozegrali naprawdę niezły mecz i gdyby nie znakomity Randolph to sensacyjne zwycięstwo stałoby się faktem. Przed Słońcami pojedynek z Dallas Mavericks i mimo że w razie niezadowolenia kibiców władze klubu będą zwracały pieniądze za bilety to każdy z fanów liczy na zwycięstwo, szczególnie po serii 4 porażek.

wtorek, 4 grudnia 2012

Jeszcze Niedźwiadki i wracamy do domu.


Memphis Grizzlies - Phoenix Suns
05.12.2012 godz. 02:00
FedEx Forum
fot. nba.com
Dziś w nocy przed Phoenix Suns nie tylko ostatni mecz trasy wyjazdowej, ale też najtrudniejszy z nich. Grizzlies mają obok Heat najlepszy bilans w lidze, a na własnym parkiecie pokonali między innymi Knicks, Lakers czy wspomnianych już znajomych z Florydy. Ich bilans w FedEx Forum to 8-1, a Suns z kolei na wyjazdach odnieśli tylko 2 zwycięstwa na 10 rozegranych spotkań. Dodatkowo obrona Słońc jest najgorszą lidze, a gracze z Memphis mają z kolei najlepszą. Nie za ciekawie. Grizzlies sławią się jednym z lepszych, jeśli nie najlepszym, frontcourtem w lidze. Rudy Gay, Zach Randolph i Marc Gasol zdobywają średnio 51,1 punktów i zbierają 25,7 piłek na mecz. Ciężkie zadanie czeka dziś Beasley'a, Morrisa i Gortata. Marcin będzie nieco osamotniony w defensywie, bo na obronę wchodzącego z ławki Scoli nie ma co liczyć, a Jermaine O'Neal opuścił mecz z Knicks (mięsień czworogłowy) i nie zapowiada się, aby miał dziś zagrać. Modlę się, aby Beasley został w końcu przesunięty na ławkę, a od pierwszych minut grał P.J. Tucker. Tucker pokazał się z dobrej strony broniąc w ostatnim meczu Anthony'ego i Smitha i dziś były znów dobrą opcją na Gay'a. Jeśli chodzi o gospodarzy to pod znakiem zapytania stoi występ Tony'ego Allena (pachwina). Wracając jeszcze do frontcourtu Grizzlies to znakomity sezon rozgrywa Marc Gasol i od pewnego czasu pozostawia w cieniu swojego starszego brata. Wielu ekspertów porównuje grę Marca do wybitnego litewskiego koszykarza, członka Hall of Fame, Arvydasa Sabonisa. Gasol jest najlepiej podającym 7-footerem w lidze i notuje średnio 4,4 asysty na mecz. Siła podkoszowa gospodarzy to również wracający do rotacji po opuszczeniu całego poprzedniego sezonu Darrell Arthur. Dodając do tego dobrą grę Mike'a Conley'a i jego back-upa Jerryda Baylessa łatwo stwierdzić że jest się kogo obawiać. Suns wracają po tym meczu do Phoenix i będą starać się zadowolić fanów w meczu z Mavericks. Wsześniej jednak, dobrze byłoby zamazać bardzo złe wrażenia po tej trasie i zaprezentować się z jak najlepszej strony. Na kogo przede wszystkim możemy liczyć? Ciężkie pytanie, bo nie ma w Suns gracza, który trzymałby równy, dobry poziom. Są tacy, którzy się starają. Gortat, Telfair, Dudley i Tucker to właśnie tacy zawodnicy i od nich oczekujmy dobrej postawy. Marcin miał niezły mecz w MSG i zasługuje na większe zaufanie od partnerów ale sam musi pokazać też 100% swojego zaangażowania. Goran Dragić po słabym ostatnim meczu powinien dziś zagrać lepiej. Miejmy przynajmniej taką nadzieję. Cudów nie ma co oczekiwać, ale chciałoby się zobaczyć lepszą grę Słońc i przede wszystkim wiarę we własne umiejętności i pełne zaangażowanie. Go Suns!

Przewidywane piątki:

Grizzlies: Conley - Ellington - Gay - Randolph - Gasol
Suns: Dragić - Brown - Beasley - Morris - Gortat

niedziela, 2 grudnia 2012

Kolejna gonitwa bliska sukcesu.


New York Knicks - Phoenix Suns 106:99
(24:20, 35:22, 30:30, 17:27)
fot. nba.com
Phoenix Suns przegrywali już siedemnastoma punktami po trzech kwartach, ale dzięki dobrej grze w ostatniej odsłonie dali nam cień nadziei na końcowy sukces. Tym razem nie doszło jednak do kolejnego spektakularnego comebacku. New York Knicks rozpoczęli ten mecz mocno i po 7 minutach gry prowadzili już 21-6. Na szczęście Suns otrząsnęli się na ławkę powędrował Michael Beasley i dzięki runowi 14-3 po pierwszej kwarcie strata do Knicks wynosiła tylko 4 punkty. W między czasie swoją obecność w meczu zaznaczył Rasheed Wallace, który zagrał nieco ponad minutę i dostał dwa dachy, z czego drugi za swoje słynne "Ball don't lie!" i powędrował do szatni. Dobrą pierwszą połowię miał Marcin Gortat, a zmiennik Bealsey'a, P.J. Tucker wykonywał bardzo dobrą robotę na J.R. Smithie (1/11 z gry). Druga kwarta niestety przebiegła pod dyktando Knicks, a dużym zaskoczeniem dla każdego obserwatora była postawa głębokiego rezerwowego gospodarzy, Chrisa Copelanda (dostał minuty w następstwie wyrzucenia Sheeda). W niecałe 10 minut gry w pierwszej połowie pobił on swoje rekordy kariery w punktach, zbiórkach, blokach i przechwytach. Beasley, który wrócił na parkiet zupełnie sobie z nim nie radził. Poza Copelandem w Knicks wyróżniali się mający najwięcej punktów Anthony i grający bardzo pewnie Raymond Felton. Suns mieli dużo niepotrzebnych strat oraz dopuszczali nowojorczyków do rzutów z czystych pozycji przez co ich strata po drugiej kwarcie wzrosła aż do 17 punktów. Po tragicznej pierwszej połowie, w trzeciej kwarcie obudził się Shannon Brown (13 punktów), ale Słońca nie potrafiły zmniejszyć strat do gospodarzy, którzy głównie dzięki 6 trójkom w tej części utrzymali 17-punktowe prowadzenie. Wszystko wskazywało na to, że czwartą kwartę dogrywać będą rezerwowi i będzie ona męką dla oczu, ale niespodziewanie Suns pod wodzą Telfaira, Gortata i Tuckera zaczęli grać świetnie i zmniejszyli straty do sześciu oczek. Udało im się to już po 5 minutach czwartej kwarty i choć strata znów się powiększyła to na niecałą minutę przed końcem powróciła ona do 6 punktów. Sfaulowany Ronnie Brewer nie trafił dwóch osobistych a Shannon Brown (na raty) zmniejszył prowadzenie Knicks do 4 punktów. J.R. trafił w odpowiedzi dwa rzuty wolne, a Brown spudłował rzut trzypunktowy. Tyson Chandler powiększył jeszcze przewagę gospodarzy i było po meczu. Pochwalić należy wszystkich graczy Suns, dzięki którym ich fani mogli uwierzyć, że zdarzy się cud. Bardzo dobry mecz rozegrał Gortat (18 punktów, 8/11 z gry, 11 zbiórek, dużo dobrych dojść do pomocy), ale w dalszym ciągu pozostaje niedosyt, że jest mało wykorzystywany w ataku. Tym bardziej kiedy ma taki mecz jak dziś i trafia na dobrej skuteczności. Brakuje Marcinowi typowego first pass rozgrywającego, dlatego głęboko wierzę w rozwój Kendalla Marshalla. Plusy wędrują również do wspomnianych już wyżej Sebastiana Telfaira i P.J. Tuckera (świetna obrona 1 na 1) oraz Jareda Dudleya. Kolejny słaby mecz rozegrał Beasley i kwestią czasu może pozostać przesunięcie go na ławkę rezerwowych. Knicks do zwycięstwa poprowadziły 34 punkty Carmelo Anthony'ego oraz duet Felton - Chandler. Felton miał kilka kluczowych rzutów w czwartej kwarcie (23 punkty) a Chandler dobijał jego niecelne floatery. Gra Suns w dalszym ciągu nie jest poukładana, ale na szczęście są zawodnicy, którzy nie poddają się i mimo, że zwycięstwo się oddalało to do końca byliśmy świadkami emocjonującego pojedynku. Przed Słońcami ostatni mecz trasy wyjazdowej przeciwko Memphis Grizzlies i nie będzie wcale łatwiej niż dzisiaj.

Powalczyć z niepokonanymi u siebie Knicks.


New York Knicks - Phoenix Suns
02.12.2012 godz. 18:00
Madison Square Garden
fot. Frank Franklin/AP Photo
Przed Phoenix Suns pierwszy tak naprawdę wymagający rywal w ostatnim czasie. Knicks są jedną z trzech drużyn, obok Heat oraz Jazz, niepokonanych jeszcze w tym sezonie na własnym parkiecie. Nie zapowiada się, aby dziś miało to ulec zmianie, bo Suns nie mogą odnaleźć właściwego rytmu i po przegranych z Pistons i Raptors ciężko wyobrazić sobie, że opuszczą Big Apple z podniesionymi głowami. Nowojorczycy bardzo dobrze zaczęli sezon i w swojej konferencji ustępują miejsca tylko Miami Heat. Ich liderem z prawdziwego zdarzenia jest Carmelo Anthony, który przez zdecydowaną większość swoich minut na parkiecie gra jako power forward. Knicks są najstarszą ekipą nie tylko spośród wszystkich drużyn obecnego sezonu, ale też w całej historii ligi. Okazuje się jednak, że drużyna zbudowana w oparciu o doświadczenie weteranów takich jak Jason Kidd (niepewny występ dziś, problemy z plecami) czy wracającego do ligi Rasheeda Wallace'a (pozytywnie zaskakujący comeback) funkcjonuje bardzo dobrze. Dużym problemem dla Suns będzie zatrzymanie rzutów trzypunktowych Knicks. Słońca pozwalają swoim rywalom na skuteczność trójek na poziomie 43,9% (ostatnie miejsce w lidze), a gracze z Nowego Jorku są na drugim miejscu w skuteczności zza łuku. W meczu z Toronto Raptors, dużo lepiej funkcjonował w ekipie Gentry'ego ruch piłką i dziś nie może być inaczej. Ponadto dobrym pomysłem mogłoby być wystawienie od początku spotkania P.J. Tuckera aby napsuł krwi Anthony'emu, ale nie wierzę w taki ruch sztabu trenerskiego. Trzeba uważać również na ławkę Knicks, z której przede wszystkim świetnie gra J.R. Smith (prawie 48% za 3 + dużo lepsza selekcja rzutów). Głównym celem Suns jest dziś zatrzymanie Anthony'ego oraz rzutów trzypunktowych, a w ofensywie rozważna, zespołowa gra, równa postawa graczy pierwszopiątkowych i rezerwowych i brak przestojów. Ciekawym matchupem będzie pojedynek Dragicia z Feltonem, a naszego Marcina czeka dziś trudna przeprawa z Tysonem Chandlerem. Liczymy na dobre spotkanie Phoenix Suns i choć wszyscy lubimy niespodzianki, to dziś o taką może być niezwykle trudno. Go Suns!

Przewidywane piątki:

Knicks: Felton - Brewer - Anthony - Thomas - Chandler
Suns: Dragić - Brown - Beasley - Morris - Gortat

sobota, 1 grudnia 2012

Porażka z Raptors.


Toronto Raptors - Phoenix Suns 101:97
(19:25, 32:27, 29:24, 21:21)
Chris Young/AP Photo
Mecz przeciwko z Cleveland Cavaliers miał zapoczątkować serię wyjazdowych zwycięstw, ale niestety od tamtego meczu Suns zostali zgnieceni przez Pistons oraz minionej nocy polegli w Toronto. Mecz był wyrównany, choć pierwsza kwarta dała mi wrażenie, że Słońca kontrolują to spotkanie i dzięki uzyskanej przewadze będą grać spokojniej i mecz zakończy się upragnionym zwycięstwem. W tym okresie gry dobrze prezentowali się Marcin Gortat i Goran Dragić. Niestety druga kwarta należała do gospodarzy, którzy dostali w tym czasie bardzo dobre wsparcie z ławki od Terrence'a Rossa, Amira Johnsona (16 punktów, 6 zbiórek) oraz Jose Calderona (13 punktów, 9 asyst). Dwóch ostatnich cały mecz grało na bardzo dobrym poziomie i dzielnie wspierało startujący obwodowy duet Lowry - DeRozan. DeRozan grał jak na lidera przystało i również dzięki niemu Raptors byli cały czas w tym spotkaniu. Dobrze grający rezerwowi byli kluczem dla Raptors, a z drugiej strony zmiennicy Suns nie zagrali na takim poziomie jaki od nich oczekujemy. Jedynie Jared Dudley (14 punktów, 5/6) spisywał się lepiej niż średnio. W drugiej kwarcie mecz zrobił się wyrównany i tak pozostało już do samego końca. Na nieszczęście przyjezdnych Kyle Lowry trafił desperation three przed zejściem do szatni równo z syreną końcową i do przerwy Suns prowadzili jednym oczkiem. Trzecia kwarta to praktycznie gra punkt za punkt i podobnie było też w ostatniej odsłonie. W ostatniej minucie czwartej kwarty Raptors prowadzili jednym punktem i na 30 sekund przed końcem dobitka Marcina po niecelnym rzucie Scoli dosłownie wypadła z kosza. Suns byli jednak w dalszym ciągu w posiadaniu piłki, ale ponownie zawiódł Scola, który nie poradził sobie w akcji jeden na jednego z, grającym słabe zawody, Andreą Bargnanim. W odpowiedzi Raptors trafili 1 z 2 rzutów osobistych. Słońca miały więc w dalszym ciągu szansę na remis lub zwycięstwo, ale Shannon Brown zdecydował się na indywidualną akcję i wjazd pod kosz, ale jego layup nie trafił do kosza. Bargnani wykorzystał jeszcze oba rzuty wolne i mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy. Phoenix Suns nie mogą sobie pozwolić, aby takie mecze jak ten z Raptors czy poprzedni z Pistons kończyć porażkami, bo jeśli właśnie z takimi przeciwnikami nie będą przychodzić wygrane, to co dopiero powiedzieć o meczach z Knicks i Grizzlies, które skończą aktualną trasę wyjazdową Suns. Nam kibicom pozostaje w dalszym ciągu wierzyć, że będzie lepiej i nie będziemy ulegać słabeuszom.